Nie maiłem pomysłu na dzień, więc losowo, bez planu, kierunek Bolesławiec i dalej na Leśną, Świecie, Wolimierz, ogólnie pogranicze, zadupia, upoluję co znajdę. Dzień już wyraźnie jesienny, mglisto, szaro i wilgotno. Nie lubię autostrady, ale jest dobrym narzędziem, pozwala szybko dalej odskoczyć, by potem na spokojnie wracać kręcąc po różnych dziurach, zwiększa to mój dzienny zasięg. Początek dnia zabawny, zjeżdżałem z A8 na A4, ale chyba za wolno, bo jeden taki ancymon strasznie nieszczęśliwy siedział mi swoim autkiem mocno na ogonie, był to chyba Dodge Challenger, taki z tych nowych, więc bez uszanowania. No więc trzepał się w tym swoim nieszczęściu, aż wreszcie otworzył się przed nim przestwór oceanu, tfu, dwóch pasów chciałem napisać, więc skoczył. No i naszło mnie tak, by sprawdzić, jak bardzo uważna jest ta nasza husaria drogowa, tym razem ja siadłem mu na ogonie, w bezpiecznej odległości, ale tak by wiedział i czuł, że mi przeszkadza, że chcę szybciej. Dał się podpuścić i nie odpuścił i nie puścił. Że sromotnie przegrał zorientował się jak już było zupełnie za późno, zaczął hamować jak zobaczył znak końca odcinkowego pomiaru prędkości, ale nie miało to już znaczenia, przeleciał 140 na całym odcinku z ograniczeniem do 110. Odcinkowe pomiary nie łapią motocykli. Zły Trud, bardzo zły. Potem już było nudno, czyli jak zwykle, krzaki, kamienie, życie, wszechświat i cała reszta. Wróciłem w sam czas o zachodzie, szybko się te dni skracają, z rana zimno, wieczorem szybko ciemno, zasięgi spadają.





































































































No comments:
Post a Comment